Woda w kranie

„Póty niemiecki dzban wodę nosi, póki się Donaldowi Trumpowi grzywka nie zmierzwi!” Jedynie moim Czytelnikom zdradzę owo wymyślone przeze mnie przysłowie, a to tylko dlatego, że mam do Państwa bezgraniczne zaufanie. Oj, miałbym się z pyszna, gdyby 45. prezydent Stanów Zjednoczonych usłyszał lub przeczytał, że robię sobie niewinne żarciki z jego słynnej i kultowej już fryzury. Wysłałby pewnie do Krakowa jakiś pododdział Delta Force – czyli kilkunastu byków z Fort Bragg, po 110 kilogramów samych mięśni każdy – w celu porwania mnie, wywiezienia do USA i zamknięcia w rezerwacie! Co prawda, polska publicystyka polityczna nie poniosłaby z tego powodu większej straty, ale ja jestem niesamowicie przywiązany do własnej kanapy i obserwowania nadwiślańskiej nawalanki politycznej, toteż życie na prerii byłoby dla mnie nie do zniesienia. Cóż, człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrobytu i jakoś trudno mi jest wyobrazić sobie mą personę, myjącą lico w północnodakotańskim strumyku i to w październikowy poranek. Na samą myśl o podobnych katuszach doceniam zdobycze cywilizacji, a szczególnie bieżącą wodę w kranie.

Woda w kranie jest zjawiskiem tak oczywistym, że większość ludzi nie zwraca na nią uwagi, a problem zaczyna się w momencie, gdy jej zwyczajnie zabraknie. Tak stało się obecnie w Niemczech, po ogłoszeniu przez pana Trumpa wiadomości o wycofaniu części sił amerykańskich z ich terytorium. Przestrzeń medialna, a szczególnie jej liberalna część, zaroiła się od strategów, którzy zaczęli potępiać ową decyzję w czambuł, wskazując jednocześnie, że po podobnym ciosie, Sojusz Północnoatlantycki już się nie podniesie. Być może wielu z Państwa zadziwię, ale warunkowo przyznam im rację. Faktycznie, NATO w Europie osłabnie, jeśli żołnierze spod znaku gwiaździstego sztandaru zostaną dyslokowani za ocean. Jednak natychmiast zaznaczam, że winę za taki stan rzeczy ponoszą głównie berlińscy politycy, od kilku lat ostentacyjnie ignorujący podpisane przez siebie umowy międzynarodowe, obligujące ich do utrzymania własnych sił zbrojnych w gotowości do wykonania zadań operacyjno-strategicznych. Opłakana kondycja Bundeswehry nie stanowi dla nikogo żadnej tajemnicy, a najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że nasi zachodni sąsiedzi, mając bałagan na własnym podwórku, uniemożliwiają innym realizację założonych celów. Oczekują Państwo potwierdzenia moich słów? Proszę bardzo – podaję pierwszy z brzegu przykład teutońskiej nieodpowiedzialności.

Przykładem teutońskiej nieodpowiedzialności może być poważny incydent dyplomatyczny, jaki miał miejsce podczas ćwiczeń „Anakonda-16”. Tak, dziś już niewielu pamięta o tamtych działaniach, ale miały one duży rozmach. Wojska operujące realizowały postawione zadania na terytorium różnych państw i w międzynarodowym składzie. Nie wiem, ilu polityków zdaje sobie sprawę, jak gigantyczną robotę planistyczną należy wykonać, aby wszystko odbyło się zgodnie z założeniami, regulaminami walki i przede wszystkim bezpiecznie, ale sądzę, że niewielu, a na pewno nie mieli o tym pojęcia decydenci znad Sprewy, którzy utrudniali przemarsz kolumn wojsk amerykańskich przez własne terytorium. Dopiero ostre interwencje na najwyższych szczeblach dyplomatycznych, wymusiły na Niemcach wydanie stosownej zgody, poprzedzonej wcześniejszymi, mętnymi komunikatami dla prasy, jednoznacznie stwierdzającymi, że z ich strony wszystko odbywało się w myśl litery prawa. Proszę wszystkich o wybaczenie, ale jakoś trudno mi dać wiarę podobnym opowieściom.

Opowieściom Angeli Merkel, obiecującej naprawienie stanu własnych sił zbrojnych, nie dał wiary chyba także Jens Stoltenberg. Sekretarz generalny NATO udzielił niedawno długiego wywiadu jednemu z zaodrzańskich tytułów prasowych, podczas którego, bardzo dyplomatycznie usiłował wytłumaczyć żurnaliście, że wszystko co robią jego krajanie jest może i dobre, ale nie tak dobre, jak oczekują sprzymierzeńcy. Podkreślił również, że owszem, przywództwo Niemiec w Sojuszu jest istotne, ale w sposób zawoalowany wyartykułował, iż nie może się ono opierać tylko na rozkazywaniu, zaś oczekiwania partnerów skupiają się raczej wokół zagadnienia asygnowania większych środków finansowych na zbrojenia i odbudowaniu siły armii, co zwiększy potencjał odstraszania.

Potencjał odstraszania – piszę to z przykrością – opiera się obecnie na wojskach amerykańskich. Na sam koniec drugiej dekady XXI stulecia mamy rozbrojoną, bezwolną Europę, targaną wewnętrznymi sporami, handlującą kopalinami z państwem rozbójniczym i bronioną przez czołgistów z Ameryki Północnej. Żyjemy w świecie, w którym potępia się organizowanie parad wojskowych, ale w pełni aprobowane są różnokolorowe pochody hodowców rybików cukrowych, eksponujących swoje nagie pięty. Nagle, kiedy cierpliwość Trumpa się wyczerpała i uderzył pięścią w stół, wszyscy okazali się zdziwieni. Można wnioskować, że nikt nie spodziewał się tak radykalnych kroków, ale najmniej zaskoczeni byli chyba Polacy, postanawiający upiec własny kawałek mięsiwa przy amerykańskim ognisku. Wyraz temu dała nasza delegacja w Białym Domu, która osiągnęła – naturalnie w mojej opinii – duży sukces. Nie ma sensu oglądać się na innych, a należy zadbać o własną „wodę w kranie”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 29 czerwca 2020 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: