Czas trudnych decyzji

Kiedy rozszalała hałastra wznieca pożary i rabuje sklepy w tej lepszej – według słów Donalda Tuska – uśmiechniętej części Europy, u nas ćwiczą wojska. Od Orzysza po Drawsko Pomorskie operują oddziały polskie i amerykańskie, doskonaląc różne warianty działań taktyczno-operacyjnych. Jeden z najtrudniejszych elementów ćwiczenia – forsowanie szerokiej przeszkody wodnej na jeziorze Zły Łęg – udał się kapitalnie, co dobrze świadczy o naszych saperach budujących przeprawy pontonowo-mostowe, a także o wyszkoleniu załóg wozów bojowych, będących w stanie pływać powierzonym sprzętem oraz prowadzić pojazdy pod wodą. Nie będę zabierał głosu eksperckiego w przedmiotowej sprawie, ponieważ moja wiedza o wojskach pancernych, zmechanizowanych i zmotoryzowanych jest jedynie akademicka, ale nawet ja dostrzegam, że żołnierski trud i pot przyniosły pożądany efekt. Armia, jak każda instytucja, nie obywa się bez drobnych ambarasów lecz nie dostrzegam najmniejszego powodu, by wieszać psy na jakimś młodym podporuczniku czy chorążym, który gdzieś tam pobłądził, zaanektował dowodzonym pododdziałem kapliczkę w Czechach i dość sprawnie utrzymał zdobyty obiekt. Takie pomyłki się zdarzały i będą zdarzać. Co trzeba zrobić w tej sprawie, pytacie Państwo? Już odpowiadam! Należy wysłać naszego ambasadora z dobrą wódką do czeskiego MSZ w celu załagodzenia sytuacji, owego nieszczęsnego dowódcę wezwać na dywanik, solidnie, tak po żołniersku opierd… zwrócić mu uwagę, zaplanować zajęcia dodatkowe z terenoznawstwa i o całej sprawie jak najszybciej zapomnieć. Osobiście uważam, że nie powinniśmy zajmować się drobnostkami, skoro na świecie mamy czas trudnych decyzji.

Czas trudnych decyzji rozpoczął Donald Trump, zapowiadając wycofanie z Niemiec prawie 10 tys. żołnierzy. Problem w tym, że prezydent USA nie sprecyzował, gdzie dokładnie wojsko ma docelowo trafić, toteż żurnalistyczna brać i wszyscy mądrzy tego świata zaczęli snuć różne, nawet najbardziej fantastyczne domysły. Przyznam się Państwu, że także ja podjąłem zdecydowane kroki, aby ustalić ich miejsce następnej bytności i zadzwoniłem do mojego starego kolegi – obecnie bardzo ważnego pułkownika Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Po wstępnej wymianie uprzejmości zapytałem owego stratega spalonej ziemi, gdzie i kiedy Amerykanie będą stacjonować w Polsce? W odpowiedzi usłyszałem żądanie, abym mu nie zawracał pewnej części ciała, bo jest zajęty malowaniem bramy u teściowej, a o żadnych wojskach nic mi nie powie, ponieważ nie jestem osobą uprawnioną. Oburzony do granic możliwości, przypomniałem cwaniaczkowi, jak na drugim roku studiów w szkole oficerskiej zaliczałem za niego egzamin z wychowania fizycznego, kiedy to on miał skręcony kulas po niefortunnym skoku przez płot, gdy nad ranem wracał spóźniony z przepustki, po nocy spędzonej w jakimś damskim akademiku. Jednak nieugięta szuja kazała mi przyjechać na wódkę do Warszawy i się rozłączyła. Widzicie więc Państwo sami, że na wdzięczność ludzką liczyć nie można i teraz strasznie żałuję, iż w roku 1994 przebiegłem te 3 tys. metrów w czasie, które zapewniły niewdzięcznikowi ocenę bardzo dobrą. Trudno, będę z tym żył, ale sprawa dyslokacji wojsk amerykańskich wciąż pozostaje niewyjaśniona.

Niewyjaśniona pozostaje także reakcja Paktu Północnoatlantyckiego na jednostronną i niespodziewaną decyzję 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, nie chciał w żaden sposób rzeczy komentować, więc można się domyślać, że jest zaskoczony nie mniej niż każdy z nas. Czy można potępiać Trumpa za podobne deklaracje? To zależy. Jeśli żołnierze wrócą za ocean, to wówczas możemy się krzywić i kręcić nosem. Jeśli jednak część z nich zostanie przegrupowana na teren naszego kraju, wtedy chwalimy pana Donalda na całego. Czytelnicy chcą mi zapewne powiedzieć, że powyższa logika trąci nieco rozumowaniem Kalego, prawda? Tak, jak najbardziej, jest to wielka hipokryzja z mojej strony, ale moją ulubioną zasadą jest zasada „Ordo caritatis”, czyli porządek miłosierdzia. Najważniejszy jestem ja, moi bliscy i mój kraj, a jeśli dóbr do podziału będzie więcej, wtedy niech mają coś z tego i Niemcy.

Niemcy sami sprowokowali obecną sytuację. Od kilku lat nie wywiązywali się z sojuszniczego obowiązku łożenia minimum 2 proc. PKB na obronność, co wielokrotnie podnoszono na szczytach NATO. Doszło do dziwnej sytuacji, którą wyśmienicie opisał Trump. Mianowicie – Berlin płacił ciężkie pieniądze za rosyjski gaz, a pozyskane środki Kreml przeznaczał na produkowanie kolejnych czołgów, przed którymi broniły Europę amerykańskie wojska stacjonujące pomiędzy Renem a Łabą. Trudno o większe kuriozum. Przed naszą dyplomacją i resortem obrony staje teraz poważne zadanie pozyskania choćby części wycofywanych sił i rozlokowania ich w Polsce. Każda ilość nowego wojska jest dobra, co wyśmienicie opisuje stara zasada sztuki operacyjnej, głosząca, że „lepiej mieć batalion pod ręką niż dywizję 30 km dalej”. Założę się także o okrągłą sumkę, że opozycja podniesie sprawę kosztów, jakie będziemy musieli ponieść w związku z przedsięwzięciem, ale tutaj można ripostować trawestacją powiedzenia słynnego ekonomisty, autorytatywnie stwierdzając, że „nie ma darmowych bezpieczeństw”. Nie wiem, jak wszystko to się skończy, ale wiem, że przed nami jest czas trudnych decyzji.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 15 czerwca 2020 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: