Niech żyją wartości europejskie!

W niemieckim kraju związkowym, Badenii-Wirtembergii, leży malownicza miejscowość Karlsruhe, a w niej znajduje się Federalny Trybunał Konstytucyjny (FTK), który sprawdza, czy wydawane akty prawne są zgodne z ustawą zasadniczą. Szukają już Państwo sensacji? No nie, tutaj nie ma żadnej, ponieważ samo istnienie takowego organu jest rzeczą naturalną i pożądaną w każdej demokracji. Sensacją zaczęło pachnieć dopiero w dniu 5 maja br., kiedy to FTK zaśmiał się w twarz Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), odrzucając jego orzeczenie. Proszę, aby Czytelnicy nie przecierali oczu ze zdumienia, ponieważ wiadomość owa jest potwierdzona w trzech niezależnych źródłach. Olimp europejskiej sprawiedliwości, na którym Zeusi praw wszelakich żłopią hektolitrami ambrozję jurysdykcjalną i ciskają gromy regulacji, został zlekceważony przez zgromadzenie teutońskich nosicieli tóg. Mało tego, niemiecki trybunał sam wysłał wcześniej pytania prejudycjalne do Luksemburga, a kiedy odpowiedź okazała się dla niego niekorzystna, wtedy wyrzucił ją do kosza. I co? I nic. Niemcy nie wylegli masowo na ulice, opozycja nie żąda ustąpienia rządu Angeli Merkel, w Berlinie nie powstał Komitet Obrony Demokracji, a o paleniu świeczek przez prezesów sądów, to już w ogóle mowy nie ma. W tym miejscu, jako miłośnik swobód i wolności, muszę zakrzyknąć: „Niech żyją wartości europejskie!”.

Wartości europejskie muszą być świętością wszędzie, ale chyba nie nad Sprewą. Niemieckie tytuły prasowe, tak rozmiłowane w praworządności, nie zaczęły biczować sędziów z Karlsruhe, ani rozpisywać się o tym, że chodzą oni na pasku polityków. Żurnaliści, odpowiedzialni za rzeźbienie dusz i umysłów, zgłupieli i pisali tak, aby nie napisać nic. Sprawa jest bardzo poważna, ponieważ FTK nie tylko nie uznał wyroku TSUE, ale, dodatkowo, zakwestionował właściwość decyzji Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Chodzi o skup obligacji emitowanych przez kraje posługujące się walutą euro. Rzecz jest zawiła oraz skomplikowana i nie ona jest w tym momencie najważniejsza. Ważniejsze jest to, co wydarzy się po sprawie niemieckiej. Otóż, największą troską komentatorów europejskiej sceny politycznej, stały się nagle dalsze czynności, jakie podejmie Warszawa i Budapeszt. Powstały wielkie obawy, że po „precedensie z Karlsruhe”, TSUE przestanie być skutecznym starszakiem i narzędziem dyscyplinującym. „Skoro wolno Niemcom, to wolno każdemu” – taka odpowiedź stanie się w pełni uprawniona i logiczna, na każdy, niewygodny dla państwa członkowskiego, wyrok. Tutaj już nie pomoże żadne grożenie palcem ani marszczenie brwi, gdyż riposta będzie tylko jedna – zróbcie najpierw porządek w Niemczech, a wtedy możecie przyjść do nas. Tyle tylko, że zaprowadzanie porządku w Niemczech, może się Brukseli nie udać, pomimo szumnych zapowiedzi.

Szumne zapowiedzi wygłosiła w przedmiotowej sprawie Ursula von der Leyen, Przewodnicząca Komisji Europejskiej (KE). Między wierszami jej przemowy, można było wyczytać zawoalowaną groźbę, wszczęcia postępowania przeciwnaruszeniowego w stosunku do Berlina. Nie posiadam szklanej kuli ani zdolności profetycznych, ale już teraz mogę przewidzieć, że nic z tego nie będzie. To znaczy, jakieś tam postępowanie może i się rozpocznie, będzie trwało latami, z czasem wszyscy o nim zapomną, a życie potoczy się swoim torem. Na wszelki wypadek, aby wybić z zapalczywych głów wszelkie szaleństwa, zabrał głos Peter M. Huber, sędzia FTK, człowiek który sprokurował werdykt w spawie TSUE i EBC. Pan sędzia, w formie dyplomatycznej i nie budzącej wątpliwości, ostrzegł KE przed podejmowaniem jakichkolwiek wrogich kroków przeciwko państwu, położonemu między Renem a Łabą. Tutaj już nie może być obiekcji, że Niemcy są gotowe na otwartą wojnę z Brukselą i nie cofną się z obranej drogi, obrony własnych interesów.

Własne interesy są najważniejsze dla wszystkich. Cele osiąga się intrygą, podstępem kakofonią informacyjną, naciskami zakulisowymi lub finansowymi. Wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw suwerennych jest wieloletnią praktyką rządu niemieckiego, który sam sobie przyznał takie prerogatywy. „Wyrażanie zaniepokojenia” sytuacją nad Wisłą lub u Madziarów stało się mantrą szefów resortów spraw zagranicznych Niemiec czy Francji. Straszenie wyrokami TSUE miało hamować reformy w państwach sąsiednich, niekorzystne dla hegemonów. Aż tu nagle taki psikus – niemiecki trybunał odrzucił wyrok tego brukselskiego, stawiając prawo krajowe ponad europejskim. Co z tym fantem zrobić? Wieszczę, że narracja pójdzie w kierunku większej dojrzałości germańskiej demokracji od tej postkomunistycznej, ale nie wolno nam się dać pochwycić w taką pułapkę. Należy natychmiast ripostować, że nasz kraj tkwił w komunizmie w wyniku niemieckiego bestialstwa, jakim było rozpętanie II Wojny Światowej i podnosić wciąż sprawę zadośćuczynienia za zniszczenia i straty spowodowane przez III Rzeszę. Uważam, że nasza dyplomacja powinna przedsięwziąć takie kroki natychmiast, nagłaśniając je na arenie międzynarodowej. Jeśli ktoś będzie miał wątpliwości, wtedy, nie oglądając się na nic należy głośno skandować hasło: „Niech żyją wartości europejskie!”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 18 maja 2020 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: