Zmęczenie materiału

Gdy wracacie Państwo do domu, po całym dniu spędzonym w pracy, to niekiedy macie wszystkiego dość, prawda? Wasz pryncypał okazał się – po raz kolejny zresztą – zwyczajną niemotą, Kryśka – wiecie, ta tleniona blondynka z odrostami, taka pulchna z działu komunikacji – poszła na zwolnienie lekarskie i Wy musicie teraz za nią gasić pożary, zaś Heniek – nowy asystent kierownika sprzedaży zagranicznej – miał być niby taką rewelacją, a wyszło, że jełop nie potrafi komputera włączyć, więc i temu oszołomowi trzeba we wszystkim pomagać. Wiem, Drodzy Czytelnicy, co wówczas czujecie, gdyż „galernik słowa”, kreślący niniejsze arcydzieło publicystyczne, wcale nie ma lepiej. Zapewniam solennie, że wszędzie jest tak samo lub jeszcze gorzej. Do tego, otwieramy skrzynkę na listy i co widzimy? Jasne – awizo widzimy, wrzucone przez nieroba listonosza, toteż udajemy się biegiem na pocztę i tam, po trzech romantycznych kwadransach spędzonych w kolejce do jedynego czynnego okienka, otrzymujemy zawiadomienie z gminy, wzywające nas do uiszczenia opłaty za miejsce parkingowe. W sumie, niewielu chyba jest zdziwionych, ponieważ niewielu też spodziewało się zaproszenia na herbatkę do Pałacu Buckingham. Szlag chce człowieka jasny trafić i wtedy ma się już tylko ochotę usiąść przed telewizorem, napić zimnej wódki i zasnąć. Ów stan psychiczny można nazwać „zmęczeniem materiału”.

„Zmęczenie materiału”, tego ludzkiego, jest, wbrew pozorom, stanem bardzo pożądanym w walce politycznej, ale jedynie przez samych polityków, najczęściej opozycyjnych. Kiedy do uszu i oczu zwykłego obywatela, walczącego w trudzie i znoju o chleb powszedni, dociera codzienna dawka nawalanki o władzę, szczodrze serwowana przez media, wtedy, po pewnym czasie, następuje znaczne osłabienie odbieranych bodźców, zagubienie, niechęć do ich przyjmowania, a na końcu przemożna chęć uzyskania spokoju za wszelką cenę. Dlatego, w latach 2005 – 2007, za rządów tak zwanego „pierwszego PiS-u”, opozycja intensywnie huśtała nastrojami społecznymi. Było to łatwe, ponieważ większość wiodących stacji telewizyjnych, propagowała trend liberalny i władzy niechętny. Dlatego, kamery i mikrofony znalazły się natychmiast w Sejmie, w środku nocy, kiedy opublikowano taśmy rozmów Renaty Beger z Adamem Lipińskim, nazywając je – słusznie zresztą – korupcją polityczną. Dlatego, Donald Tusk, idealnie ogolony, uczesany i odziany, znalazł się przed obiektywami grzmiąc z oburzenia w czasie, kiedy kilkadziesiąt milionów Polaków smacznie spało. Nie wiem jak Państwo, ale ja, obudzony o godzinie drugiej w nocy, muszę zaaplikować sobie pół wiadra kawy, aby sklecić składne zdanie. Muszę przeczesać włosy na mokro, bo inaczej wyglądam jak gitarzysta rockowy po trzecim bisie, a zagniecenia pidżamy przypominają ukształtowanie terenu w Hindukuszu. Tusk wyglądał na w pełni przygotowanego, więc mam prawo sądzić, że rzecz cała działa się w porozumieniu i współdziałaniu z jego osobą. Sytuacja została perfekcyjnie wykorzystana, czego ani nie potępiam ani się nie dziwię, łódź nastrojów ludności została rozchwiana tak skutecznie, że w końcu prawica wybory przegrała i została od władzy odsunięta na długich osiem lat.

Osiem lat w opozycji czegoś Jarosława Kaczyńskiego jednak nauczyło, głównie większej elastyczności we współdziałaniu z koalicjantami. Dowodem na powyższą tezę jest ostatni kompromis, zawarty z Jarosławem Gowinem w sprawie terminu elekcji prezydenckiej. Prezes PiS, pamiętając do czego doprowadził jawny spór sprzed lat, permanentnie prowadzony z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, tym razem zasiadł z szefem „Porozumienia” do negocjacyjnego stolika, panowie sobie porozmawiali, wydali wspólny komunikat i rozeszli się do domów. Opozycja otworzyła szeroko usta z przerażenia i zdziwienia, a po kilku godzinach pojęła, że wizja destabilizacji państwa oddaliła się na lata świetlne i zaczęła zwyczajowo krzyczeć o dyktaturze. Pod budynkiem Kancelarii Premiera pojawiło się kolejne miasteczko z protestującymi, wznoszono hasła, rozwinięto transparenty, zaczęto wrzeszczeć przez megafony, a to wszystko osłaniali funkcjonariusze Policji, wyraźnie całą sprawą znudzeni. Standardowa, zwyczajna polityczna zagrywka, jakich na świecie tysiące. Premier od tego jest, aby przyjmować postulaty obywateli, więc niech sobie słucha. Obywatele mają niezbywalne prawo protestować, wobec tego sobie gardłują. Policjanci biorą pieniądze za utrzymanie ładu społecznego w kraju, toteż mają tam stać, ale muszą także zapewnić bezpieczeństwo innym ludziom, w akcji udziału nie biorącym. I tyle. Tak działa demokracja, nie dyktatura. To w demokracji można się zrzeszać, maszerować w obronie lub przeciwko, śpiewać, tańczyć, podskakiwać i kłaść się, w związku z tym, protestujący korzystają z owych dobrodziejstw bardzo szczodrze.

Bardzo szczodrze szafuje obrazami z pikiety dziennikarska brać, okraszając je dowolnym komentarzem. Można się z oceną sytuacji zgadzać, a można się nie zgadzać. Osobiście sądzę, że za dni kilka nikt nie będzie o proteście pamiętał, gdyż zostanie on rozpuszczony w kampanii wyborczej. Polska jest w czasie trudnym. W wyniku pandemii gospodarka zwolniła i to na niej należy się skupić, a nie na wrzaskach o jednowładztwie, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Ja wierzę w mądrość naszych rodaków i w ich polityczne wyrobienie. Sądzę, że obecna sytuacja nie rozchwieje aparatu państwowego, choćby ze zwyczajnego, wywołanego wieloletnią kakofonią informacyjną, „zmęczenia materiału”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 11 maja 2020 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: