Natarcie europejskich niezguł

Gdy, szczęśliwi Państwo Darmanin zmieniali pieluszki swojemu rozkosznemu synusiowi, Géraldowi, wtedy, dwudziestosiedmioletni Pierre de Villiers był dowódcą plutonu czołgów w, nieistniejącym już, 4. Pułku Dragonów lub piastował wyższe stanowisko służbowe, dowodząc dywizyjnym szwadronem rozpoznawczym – elitą elit – 7. Dywizji Pancernej. Nie jestem w stanie precyzyjnie umieścić na osi czasu powyżej przytoczonych faktów, ponieważ nikt nie chciał zdradzić mi pilnie strzeżonej tajemnicy, w jakim wieku, dzielny Géraldzik zaczął siadać na nocniczku? W każdym razie, dla własnego bezpieczeństwa i wiarygodności, zmuszony byłem operować czasookresem, a nie konkretnym terminem.

Pytacie mnie, Drodzy Czytelnicy, co wspólnego mają ze sobą opisane wydarzenia? Spieszę z odpowiedzią – przekorny los skrzyżował drogi obydwu panów w lipcu roku 2017, kiedy szef resortu do spraw wydatków publicznych francuskiego rządu, minister Gérald Darmanin, powiedział szefowi sztabu francuskiej armii, generałowi Pierre’owi de Villiers, że trójkolorowe siły zbrojne będą musiały pokryć z własnej kiesy dodatkowe koszty operacji zagranicznych w wysokości 850 milionów euro. Kroniki dyskretnie milczą, co, urodzony w październiku 1982 r., polityk usłyszał od starego komilitona, ale sądzę, że po generalskim returnie słownym, Pierre Jacques Étienne Cambronne uśmiechnął się gdzieś w zaświatach i pokiwał głową z pełnym zrozumieniem dla poczynań doświadczonego wiarusa.

Poczynania doświadczonego wiarusa nie znalazły za to uznania – czemu trudno się dziwić – w oczach świeżo obranego prezydenta V Republiki, Emmanuela Macrona. Głowa państwa zaapelowała do swojego pierwszego żołnierza o zajęcie stosownego miejsca w szyku i powstrzymanie się od dalszych komentarzy, co zostało wykonane, ale sprawy zaszły już tak daleko, że de Villiers złożył rezygnację z pełnionej funkcji i odszedł z wojska. Komentujący owo wydarzenie, uważni obserwatorzy zjawisk politycznych zachodzących nad Loarą, nie posiadali się ze zdumienia, ponieważ od zawsze przyjęte było, że francuska armia trzyma się od polityki jak najdalej. Pomimo tego znakomitego obyczaju, szef sztabu generalnego poważył się jednak na wejście w otwarty konflikt z politykami. Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że nie chciał firmować swoim nazwiskiem degrengolady, jaka następowała w siłach zbrojnych. Czy generał postąpił właściwie? Nie, nie postąpił właściwie. Postąpił emocjonalnie, co nie przystoi osobie na takim stanowisku.

Nie można kwestionować cywilnego zwierzchnictwa nad armią, ani też, w sposób jawny i publiczny, negować decyzji rządzących. Takowe spory winny odbywać się w zaciszu gabinetów, w bardzo wąskim i zaufanym gronie decydentów, a nie w świetle kamer telewizyjnych. Naturalnym było, przynajmniej dla mnie, że de Villiers musiał ustąpić, gdyż demokracja nakłada każdej armii twarde wędzidło, które sprawnie działa w podobnych wypadkach. Moje, lekko szydercze, otwarcie niniejszego tekstu nie miało na celu usprawiedliwienia działań szefa sztabu, a jedynie przybliżenie Czytelnikom prawdopodobnego toku myślenia, jaki zachodził w jego głowie, podczas pyskówki z ministrem Darmaninem. Nie mniej jednak, osobiście uważam, że lipiec roku 2017 był początkiem natarcia europejskich niezguł.

Natarcie europejskich niezguł przybrało na sile już w sierpniu 2017 r., kiedy to Macron, zamiast skupić się na własnym podwórku, zajął się demokracją w Polsce i otwarcie skrytykował rząd premier Beaty Szydło za jakąś wyimaginowaną samoizolację. Szefowa nadwiślańskiego gabinetu doradziła natychmiast butnemu Francuzowi, aby nie szukał problemów tam, gdzie ich nie ma, a raczej skoncentrował swoje wysiłki na poprawie kondycji ekonomicznej własnego państwa. Niestety, monsieur Emmanuel nie posłuchał prośby madame Beaty i potraktował po macoszemu tarapaty własnego skarbca, co miało skutki opłakane, gdyż w roku 2018, dług publiczny Francji osiągnął poziom aż 98.1 proc. Produktu Krajowego Brutto. Znacząco pogorszyła się jakość życia obywateli nad Sekwaną, a ci natychmiast dali wyraz swojemu niezadowoleniu, organizując jesienią protesty „żółtych kamizelek”.

Protesty „żółtych kamizelek” odbywały się cyklicznie, w każdy weekend, przez cały rok 2019 i trwały aż do wiosny 2020 r. Z czasem, w ramach rosnącej frustracji społeczeństwa, na ulicach Paryża zaczęło dochodzić do otwartych bijatyk demonstrantów z coraz bardziej brutalną policją. Gospodarka reagowała źle na takowe zajścia, a wspomniany wskaźnik, wciąż utrzymywał swoją wysoką, negatywną wartość. Do tego doszedł konflikt pomiędzy Macronem a Angelą Merkel, co – na początku lutego br. – zawiodło lokatora Pałacu Elizejskiego wprost do Warszawy, by tam poszukać nowego sojusznika.

Nowy sojusznik okazał się otwartym, chętnym do współpracy i elastycznym we wspólnym poszukiwaniu celów polityczno-gospodarczych partnerem, ale również ostrożnym oraz dysponującym realnym oglądem sytuacji, negocjatorem. Przełomu nie było, ale na pewno można mówić o zbliżeniu polsko-francuskim, co zaniepokoiło Berlin na tyle, że już na początku trzeciej dekady kwietnia, szpalty jednego z niemieckich tytułów prasowych zapełniła wypowiedź ministra spraw zagranicznych Francji, Jeana-Yvesa Le Driana.

Jean-Yves Le Drian wyartykułował znowu wyświechtane frazy o zagrożeniu demokracji na Węgrzech i w Polce oraz zapowiedział, że może to poskutkować sankcjami, skierowanymi przeciwko nam i Madziarom. Szczerze mówiąc, nawet nie byłem zaskoczony jego wypowiedzią, ponieważ Frau Bundeskanzlerin zwykła rządzić twardą ręką i nie pozwala nikomu na niekontrolowane wybryki. Nie pozostało nam nic innego, jak czekać na rozwój wypadków, przypatrywać się spokojnie bijatykom na Polach Elizejskich i maksymalnie zabezpieczyć własne gniazdo przed efektami natarcia europejskich niezguł.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 27 kwietnia 2020 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: